Pomysły i inspiracje

  • Catering nie tylko w rytmie weselnego marsza

    Jerzy Bors prowadzi firmę Konkret B&M Catering. Już sama nazwa wskazuje na profil działalności biznesowej, nakierowanej na kulinaria i obsługę imprez - od kameralnych spotkań po wystawne przyjęcia typu: wesela, komunie, przyjęcia urodzinowe, imprezy firmowe, spotkania biznesowe, eventy.

  • Wrzucił kamień do ogrodu

    Buduje grille oraz wędzarnie pod chmurką. Do tego celu używa naturalnego kamienia. Jest mistrzem w swoim fachu.  Ma wielu klientów, którzy cenią sobie surową, nietuzinkową estetykę. Zamówienia na kamienne piece realizuje nie tylko w swojej okolicy, ale w całej Polsce. Zanim zaczął w ten sposób zarabiać, handlował materiałami budowlanymi oraz kamieniem ogrodowym. Prowadził także firmę transportową.

    - Moja działalność w transporcie miała korzenie rodzinne, ponieważ zajmował się tym wcześniej mój ojciec. Zaczynał w latach 50. ubiegłego wieku. To były pionierskie czasy w tej dziedzinie, niebywale trudno było poradzić sobie z ówczesną biurokracją, zdobycie koncesji na przewóz towarów czy osób graniczyło z cudem. Mimo wszystko połknąłem bakcyla i zdecydowałem się pójść w ślady ojca. Początek lat 90. nie sprzyjał jednak rozwojowi małych firm transportowych, szybko się okazało, że jest to biznes opłacalny tylko dla dużych graczy. Mając 3-4 samochody rynku transportowego się nie zawojuje – opowiada Pan Witold, przedsiębiorca z Podkarpacia. – Musiałem się poddać, tym bardziej, że padłem ofiarą nieuczciwych zleceniodawców. Aby wyjść na prostą, musiałem sprzedać część swojego firmowego  majątku.

    Trzeba było pomyśleć o czymś innym. Wybór padł na materiały budowlane. Pan Witold wyspecjalizował się w kruszywie ozdobnym. O jego istnieniu dowiedział się przebywając za granicą.

    Pan Witold wyspecjalizował się w kruszywie ozdobnym. Fot.: galeria przedsiębiorcy

    - Będąc w Skandynawii zwróciłem uwagę na to, że alejki, przydomowe i parkowe chodniki wysypuje się tam ozdobnymi grysami. Wyglądało to cudownie. Pomyślałem wówczas, że można byłoby podobną modę zaszczepić w Polsce. Od tego czasu minęło 26 lat. Początki były ciężkie, ludzie nie chcieli przekonać się do upiększania swych ogrodów kolorowymi kamieniami. Pamiętam taką sytuację, że jeden z klientów potrzebował kruszywa po to, by wymieszać je z cementem. Zdecydował się na fantastycznie wyglądający materiał w kolorze różowym, który przywoziłem wówczas spod Krakowa. Zdziwiłem się, ponieważ ozdobny grys to materiał gotowy. Tłumaczyłem człowiekowi, że trzeba go w odpowiednim miejscu wysypać, zagęścić i cieszyć się jego wyglądem. Pan odpowiedział mi, że jak widzi kamień na podwórku, to wyrzuca go za płot do sąsiada. Moje edukacyjne wysiłki poszły na marne – wspomina pan Witold. – Teraz na szczęście się to zmienia. Mniej więcej od pięciu lat obserwujemy wzrost zainteresowania tego rodzaju asortymentem. Ludzie wyjeżdżają w świat, widzą jak wyglądają angielskie, czy skandynawskie ogrody i zaczynają odchodzić od jedynie słusznego bruku. Kolorowe kruszywa stanowią obecnie wyraźną alternatywę dla wykostkowanych powierzchni. Widać to między innymi w okolicach Jasienicy, czy Domaradza.

    Aby biznes przynosił stałe utrzymanie dla rodziny, nie może być jednorodny. Trzeba mieć w zanadrzu coś, czego nie są w stanie zaoferować konkurenci. Nasz bohater postawił na ogrodowe piece i grille. Składów budowlanych jest teraz na pęczki, trudno konkurować szczególnie z tymi, które powstały przy sieciowych marketach. Aby móc normalnie funkcjonować, trzeba było szukać jakiejś alternatywy. Wybór padł na kamienne grille, wędzarnie i piece chlebowe. Jeszcze do niedawna sam jeździłem po Polsce i od podstaw stawiałem te konstrukcje. Teraz mam pracowników, którzy budują je według mojego projektu. Jest to proces kilkudniowy, zdecydowałem, że nie mogę sobie pozwolić na to, by przez tydzień być poza domem i firmą.

     

    Ogrodowe grille to często autorskie projekty pana Witolda. Fot.: galeria przedsiębiorcy

    Kamienne grillo-wędzarnie nie należą do tanich, wraz z osprzętem trzeba za nie zapłacić ok. trzech tysięcy złotych. Na brak zainteresowania klientów pan Witold jednak nie narzeka, aby mieć takie cudo na swoim podwórku obecnie w kolejce trzeba czekać około 4 miesiące. – Skąd popularność kamiennych pieców? Myślę, że jest to coś niepowtarzalnego, coś, czego nie znajdziemy w żadnym markecie z asortymentem ogrodowym. Poza tym, przekonujemy się coraz bardziej do wytwarzanych przez siebie wędlin i domowych wędzonek. To na pewno zdrowsza alternatywa dla tego, co wisi na sklepowych hakach. Lubimy też biesiadować pod chmurką, grill staje się ważnym elementem naszych obejść.

    U podstaw każdego biznesu leży mądre gospodarowanie finansami. Nie bez znaczenia były w tym kontekście pieniądze pozyskane z  funduszu pożyczkowego Fundacji Wspomagania Wsi. Pan Witold skorzystał dwukrotnie z tej możliwości. Pieniądze przydały się miedzy innymi na zakup materiałów, koniecznych do budowy wspomnianych grilli. – Wszystkiego jeszcze nawet nie wykorzystałem. Trzymam pewną pulę pieniędzy w formie zabezpieczenia – tak, by w razie dużego zamówienia nie stracić płynności finansowej.

    Pan Witold podkreśla, że małym firmom trudno jest się utrzymać na rynku. Ale z drugiej strony niepewny los pobudza kreatywność. Naszym ostatnim pomysłem są altany ogrodowe, dążymy do tego, by  niebawem wyspecjalizować się w ich produkcji. Obecnie szukamy zbytu na ten asortyment. Wierzę, że nam się powiedzie – dodaje.

    Autor: Przemysław Chrzanowski
    Data publikacji: 3 października 2016r.
    Fotografia pochodzą z archiwum przedsiębiorcy

     

  • Innowacyjne pomysły na dotarcie do klienta

    Przyjęcie modelu gospodarki wolnorynkowej zmieniło w Polsce bardzo wiele, jeśli nie wszystko. Inaczej pracujemy, inaczej kupujemy, inaczej myślimy o sobie i swojej roli. Logika kapitalizmu stworzyła trwały związek wyrazowy, gdzie rzeczownikowi  „człowiek” towarzyszy zazwyczaj przymiotnik  „pracujący”.

    Ważnym jest stworzenie CV, w którym punkt po punkcie potwierdzimy swoją wartość na rynku pracy. Potrzebę tworzenia i wpływania na swoje otoczenie nauczyliśmy się opisywać poważanym przez pracodawców słowem „kreatywność”. W skali makro – na poziomie firm – zastępujemy je terminem „innowacyjność”, co nobilituje przedsiębiorstwo w oczach inwestorów i konsumentów. Tylko co to właściwie znaczy? W potocznym rozumieniu innowacje często kojarzymy z nowymi technologiami i wdrożeniem najnowszych rozwiązań w proces produkcji czy wprowadzaniu na rynek danego produktu. Czasem innowacyjność firm wynika jednak z umiejętności dostrzeżenia i wykorzystania zmian społecznych, które nowe technologie wywołały lub spotęgowały.
     

    Marka na wyciągnięcie ręki

    Ostatnie badania nad sposobami korzystania z Internetu wskazuje na malejącą wiarę w słowa ekspertów wśród młodego pokolenia. Ma to związek z charakterystyką sieci. Jej użytkownicy z założenia są równi i mogą swobodnie się ze sobą kontaktować (w końcu każdy z nas może napisać na Twitterze nawet do prezydenta). Brak hierarchii oznacza, że relacje w sieci ulegają spłaszczeniu. W rezultacie głos naukowca waży tyle samo (a czasem mniej) co głos znajomego z portalu społecznościowego. To samo zjawisko dotyka też marek. Wizja świata wykreowana przez dział marketingu może legnąć w gruzach pod naporem fali krytyki niezadowolonych klientów w Internecie. Co zrobić, żeby konsument nadal był po naszej stronie?

    Ciekawego przykładu dostarcza Nasty Gal, okrzyknięta w 2012 roku „najszybciej rozwijającą się marką modową” na świecie. Jej założycielka, Sophia Amoruso, pełnymi garściami czerpała z możliwości bezpośredniego kontaktu z konsumentem, który daje Internet. Model biznesowy był prosty. W sklepach z używaną odzieżą Amoruso wyszukiwała mało zniszczone, niebanalne i często markowe ubrania vintage (legendą stał się żakiet Coco Channel, który kupiła za 8, a odsprzedała za około 1000 dolarów). Następnie każde ubranie obfotografowywała, a zdjęcia zamieszczała w mediach społecznościowych (najpierw na Myspace, potem na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Tumblrze i Pintereście). Od początku ogromną uwagę przywiązywała do konwersacji ze swoimi klientami. Fanów marki wciągała m.in. w wymyślanie nazw dla znalezionych ubrań. Do zdjęć starała się też wybierać modelki, które „wyglądały jak mili ludzie, a nie martwi ludzie.” Jeżeli modelka wydawała się fanom zbyt chuda lub nadęta – kończyła z nią współpracę. Te drobiazgowe badania konsumenckie prowadzone przez Sophię w mediach społecznościowych, pozwoliły jej w 6 lat rozwinąć biznes do ponad stuosobowej firmy z przychodami na poziomie 24 milionów dolarów. Metoda stosowana przez Nasty Gal oczywiście ma swoje ograniczenia. Wystarczyłoby zamienić sprzedawane przez Sophię ubrania na śrubki, a jej klientki, młode kobiety, na mężczyzn w średnim wieku, żeby się o tym przekonać. Jednak w przypadku sklepu online z niebanalną modą, był to strzał w dziesiątkę.

    Innym przykładem udanego „oswajania” konsumenta jest polska marka Ministerstwo Dobrego Mydła. Choć rozwija się dużo spokojniej niż Nasty Gal, warto się jej przyjrzeć. Ministerstwo, założone przez dwie siostry, to rodzinna manufaktura mydlarska. Produkt, jak w przypadku poprzedniej firmy – bardzo internetowy. Kosmetyki, to razem z modą dwie najbardziej angażujące kategorie w mediach społecznościowych, a Ania i Ula Bieluń dodatkowo doskonale wstrzeliły się w moment ze swoim pomysłem na biznes. Coraz więcej konsumentów kontestuje duże marki kosmetyczne i szuka produktów z naturalnym składem. Pewnym odłamem tej tendencji jest również „Urodowe Jedzenie” (Beauty Foods), czyli jadalne kosmetyki stworzone w dużej mierze np. z owoców.
    W przypadku Ministerstwa Dobrego Mydła równie ważne jak sam produkt jest jednak jego “opakowanie”. A siostry Bieluń są konsekwentne do bólu. Na stronie internetowej piszą bez owijania w bawełnę: „Nie mamy tu deadlineów sprzedażowych, planów do wykonania i projektów do zaliczenia. Nie musimy (…) manipulować etykietami i tworzyć marketingowej iluzji luksusowego produktu. Możemy za to marzyć, wymyślać, mylić się, poprawiać (…)”.  Na Facebooku zaś w najnowszym poście donoszą: „A teraz czekamy na dostawę estetycznych i higienicznych opakowań, które zadrukujemy i podamy w nich Państwu nasze ulubione balsamy. Balsamy, o których wiemy wszystko, które jeździły z nami w torebkach i plecakach, rozgrzanych autach i zamarzniętych bagażnikach, stały przy łóżkach i w łazienkach, smarowały suche pięty, łydki, usta i policzki na mróz. Balsamy, za które dałybyśmy się pokroić, bo zmieniałyśmy ich recepturę tysiąc razy aż uznałyśmy, że jest wystarczająco dobra. Czasem warto być powolnym i upartym;)”. To zaledwie siódma część ogromnego wypracowania o perypetiach z opakowaniami. Wydawałoby się, że w dobie Internetu nikt nie przeczyta takiego wypracowania. Tymczasem Ala i Ula wymyśliły doskonałą odpowiedź na wszechobecną konsumencką nieufność. Zamiast kryć się za swoimi wyrobami, same stają się ich częścią. Bezpretensjonalny sposób komunikacji, w którego każdym zdaniu wybrzmiewa „jesteśmy takie jak wy”, sprawia, że traktujemy je jak znajome, kibicujemy im w ich przedsiębiorczej przygodzie.

    Strategia komunikacji sióstr przypomina słowa medioznawcy, prof. Wiesława Godzica. W wywiadzie, udzielonym w sierpniu 2012 roku dla portalu polskatimes.pl mówił o niezbędnych atutach celebryty: „Trzeba umieć opowiadać o sobie prostym, nieskomplikowanym językiem. Trzeba umieć zaciekawić sobą, czymś się wyróżniać od innych i oczywiście dać zgodę na odsłonięcie dużego kawałka swojej prywatności. Tego bowiem oczekują odbiorcy. Jeśli ich przyciągniemy do naszych historii, furtka do celebryckiego panteonu stoi otworem.” Wskazywał również na to, jakich celebrytów kochamy: „Polacy szukają samych siebie. Celebryci mają to do siebie, że są blisko swoich odbiorców, to są chłopacy i dziewczyny z naszego podwórka. W ten sposób sprawiają wrażenie, że właściwie każdy z nas mógłby zająć ich miejsce - wystarczy tylko, żeby nam się chciało powalczyć w jakimś konkursie.”

    Wraz z rozwojem mediów społecznościowych możemy mówić o nowych rodzajach celebrytów. Są nimi influencerzy – od angielskiego influence (wpływ) - osoby, które skupiają wokół siebie społeczność oddanych internautów. W przeciwieństwie do klasycznych celebrytów, znanych z tego, że są znani, są twórcami. W zależności od wyboru portalu społecznościowego, w którym zdobyli popularność, nazywani są youtuberami, blogerami, instagramersami, vine’owcami. Niejednokrotnie swoją popularność zdają się zawdzięczać przede wszystkim gotowości, by stać się bohaterem reżyserowanego przez siebie reality show nadawanego nieustająco w Internecie. Dzięki coraz to nowym aplikacjom, publiczność ma szansę nie odstępować ulubionego influencera na krok. Niezdrowe skłonności do podglądactwa najbardziej podsyca Snapchat, w którym przesyłane wiadomości znikają w 24 godziny po publikacji. Jak więc się powstrzymać przed ciągłym sprawdzaniem, co ktoś w nim opublikował? Naszych ulubieńców możemy oglądać już nawet „na żywo”, dzięki aplikacji Periscope czy Facebook Life Video.
    W działaniach Ministerstwa Dobrego Mydła również możemy dopatrzeć się „influencerskich” praktyk. Ania i Ula, wzorem twórców internetowych, wytwarzają na swój temat sporą ilość treści na wysokim poziomie wizualnym. Regularnie pozwalają również konsumentowi zajrzeć w pielesze ich manufaktury i nie kryją trudności, z którymi borykają się jako młode bizneswoman. Dzięki tym zabiegom, tak jak w przypadku Nasty Gal, Ministerstwo Dobrego Mydła staje się niejako własnością konsumenta, jeszcze przed zakupem produktu.
     

    Człowiek też medium

    Chęć znalezienia lidera opinii wśród konsumentów, to żadna nowość. Internet przeformułował jednak sposób, w jaki szukamy przysłowiowej „Goździkowej”, bohaterki reklamy popularnego środka na ból głowy. Do tego celu służy nam monitoring sieci, który „odpytuje” strony internetowe o zdefiniowane przez nas słowa kluczowe. W Polsce do najpopularniejszych rozwiązań tego typu należy Brand24, Sentione, Newspoint czy Monitori. Dzięki monitoringowi dowiemy się jak i gdzie mówi się o naszej marce w sieci. Podpowie również, które z osób wypowiadających się na interesujący nas temat są najbardziej wpływowe. Ranking ustalany jest na podstawie ilości fanów czy osób osób śledzących kanały użytkownika, a także ilość działań wykonywanych pod opublikowanymi przez niego treściami (komentarzy, polubieni, retwittów – w zależności od platformy społecznościowej). Lojalizacja takiego wpływowego konsumenta to dla marki ogromna wartość. Jak wielka? Dobrze ilustruje to historia, której bohaterką jest jedna z najpopularniejszych blogerek modowych - Maffashion. Dzień po tym, kiedy Julia Kuczyńska, autorka bloga pochwaliła się na Snapchacie nowymi perfumami, w sklepie, w którym je kupiła, wyprzedano cały zapas zapachu.
    O tym, że celebryta ma faktyczny wpływ na swoje audytorium nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Monitoring jednak pomaga markom jeszcze w czymś – policzeniu, ile wart jest dla niej dany lider opinii. W rezultacie Ci, których treści docierają do szerokiego grona i spotykają się z pozytywnym odzewem odbiorców, mogą liczyć na intratne kontrakty w zamian za oddanie swojego „czasu antenowego” marce.
    Dialog z konsumentem, wykorzystanie liderów opinii czy ukazanie realnych ludzi stojących za produktem, to wszystko mechanizmy od dawna stosowane przez marki. Rozwój Internetu przeniósł je jednak na inny poziom i nadał im dużą wagę. Prawdziwą innowacją było za to powstanie Google’a czy Facebooka, które wykorzystały znane od dawna mechanizmy i narzuciły użytkownikom sieci swoją wizję. A następnie tak mocno zszyły ten równoległy świat z naszą codziennością, że w młodszych pokoleniach podział na online i offline praktycznie nie istnieje. Jeżeli chcemy zdobyć zaufanie młodszych dwudziestolatków, musimy zrozumieć chociażby mechanizmy sieciowych rekomendacji i stworzyć wiarygodną, wirtualną wizytówkę naszego produktu czy usługi. A także nieustająco śledzić zmiany zachodzące w świecie online. Teraz to często one, częściej niż polityka, wyznaczają kierunek społecznych zmian w naszym otoczeniu.
     
    Autorka: Maria Wróblewska
    Data publikacji: 20 września 2016r.

  • Fryzjerka spełniona

    Jolanta Stanisz jest fryzjerką i prowadzi swój zakład w miejscowości Lubatówka. Na potrzeby swojej działalności wynajmuje pomieszczenie na poddaszu jednego z budynków w centrum wsi. Jest cenioną specjalistką w swoim fachu, na brak zainteresowania ze strony klientów nie narzeka. Choć w zakładzie posiada dwa stanowiska, to pracuje sama. Co więcej, jeśli trzeba, dojeżdża także do klientów. I to wyróżnia ją na tle konkurencji.



    Przemysław Chrzanowski: Zajęła się pani fryzjerstwem, choć pierwotne wykształcenie wskazywało inną drogę.

    Jolanta Stanisz, fryzjerka. - Rzeczywiście mój pierwszy wyuczony zawód to technik-ekonomista. Nie poszłam jednak tą drogą, ponieważ zawsze miałam ciągotki do fryzjerstwa właśnie. To była pasja, która przerodziła się z czasem w pomysł na życie. Moja działalność nie ma żadnego związku z rodzinnymi tradycjami. Fryzjerstwo zawsze mi się podobało, dlatego też w odpowiednim wieku zaczęłam w tym kierunku się kształcić. Jest to zatem mój drugi wyuczony zawód. Potem były kursy, szkolenia - wszystko po to, żeby nie stać w miejscu, żeby się rozwijać i mieć jak najwięcej ludziom do zaoferowania.
     
    Jakie predyspozycje trzeba mieć, by sprawdzić się w tym zawodzie?

    - Trzeba mieć w sobie to coś, co pozwala być kreatywnym. Można mieć wykształcenie, świadectwa i dyplomy i być przeciętnym rzemieślnikiem. Bo sama teoria nie wystarczy w tym zawodzie, ważna jest ta żyłka, którą się ma w sobie. Fryzjer musi wykazywać się inwencją, zmysłem artystycznym no i odwagą. Trzeba być ponadto niezwykle odpowiedzialnym, pamiętajmy, że to, co zrobimy potem klienci noszą na swoich głowach przez kilka dni, czy nawet tygodni. Ważne jest też to, by umieć po prostu rozmawiać z ludźmi. Czasem trzeba do klienta podejść bardzo indywidualnie, zaskarbić sobie jego zaufanie.

    Czy od razu zdecydowała się pani na prowadzenie własnego zakładu?

    - Absolutnie nie. Przez cztery lata pracowałam w pewnym salonie. Wiele się tam nauczyłam, ale z drugiej strony byłam w pełni zależna od moich pracodawców. Czułam pewne ograniczenia, musiałam się całkowicie podporządkować ich pomysłom. Wiedziałam już wówczas, że w przyszłości sama będę sobie sterem i okrętem. Marzył mi się własny salon, w którym wszystko urządzę sobie po swojemu, w którym będą panować moje zasady.
     
    No i dopięła pani swego…

    - Paradoksalnie wszystko zaczęło się od tego, że znalazłam lokum, które nadawałoby się pod tego rodzaju działalność. Dopiero potem realnie pomyślałam o usamodzielnieniu się. Ostateczna decyzja poprzedzona była dziesiątkami pytań zadawanych sobie, było wiele wątpliwości. Zastanawiałam się czy podołam takiemu wyzwaniu. Postanowiłam jednak zaryzykować i dziś nie żałuję.

    Kim są pani klienci?

    - To ludzie w różnym wieku. Największe grono zainteresowanych moimi usługami stanowią osoby koło czterdziestki, ale chętnie zaglądają także emeryci oraz rodzice z dziećmi. Na brak klientów nie mogę narzekać, w swoim salonie przyjmuję ich przez pięć dni w tygodniu i z reguły grafik mam zapełniony. Jeden dzień, czyli poniedziałek poświęcam na wyjazdy terenowe.

    Można u pani zamówić sobie wizytę domową – jak u lekarza?

    - Dokładnie tak. Mój salon znajduje się na piętrze, aby się do niego dostać, trzeba pokonać schody. Zdaję sobie sprawę, że to niemałe wyzwanie dla osób starszych, czy niepełnosprawnych. Pomyślałam, że może warto byłoby do nich jakoś dotrzeć. Zdawałam sobie sprawę z tego, że takie osoby zwyczajnie mi „odpadną”. Zakupiłam, więc samochód - dzięki pożyczce z Fundacji Wspomagania Wsi. Niedrogie auto z drugiej ręki pozwoliło mi wyjść z usługami poza zakład. I w ten oto sposób stałam się fryzjerką mobilną. Dodatkowo postarałam się o reklamę, samochód został odpowiednio oklejony. Jest nazwa firmy, jest telefon, teraz wszyscy wiedzą, czym się zajmuję i gdzie mnie szukać.  Moja mobilna działalność była strzałem w dziesiątkę. Praktyka pokazała, że z moich usług na telefon korzystają także ludzie w pełni sił, ceniący sobie fakt, że nie muszą wychodzić z domu, by zafarbować włosy, czy zrobić fryzurę przed ważną imprezą. To nisza, którą z sukcesem wykorzystałam.

    Konkurencja jednak pewnie nie śpi. Jak udaje się pani z nią wygrywać?

    - Daję o sobie znać, gdzie tylko można. W okolicy powiesiłam sporo reklam. Wdrożyłam również karnety promocyjne. Troszkę podpatrzyłam to w salonie, w którym wcześniej pracowałam, a że nauka nie poszła w las, robię to również na „swoim podwórku”. Mam na przykład taką promocję, że po ośmiu strzyżeniach dziewiąte jest gratis – ta usługa dotyczy mężczyzn i już na stałe funkcjonuje w moim grafiku. Panowie noszą ze sobą karneciki, gdzie po każdej usłudze stawiam parafkę w odpowiednim miejscu. W każdym miesiącu robię także promocję na inne usługi. Raz jest to obniżka na farbowanie, innym razem trochę taniej układam włosy.

    Każdy biznes wymaga sporych nakładów finansowych. Wspomniała pani o pożyczce z Fundacji Wspomagania Wsi, skąd dowiedziała się pani o możliwości pozyskania tych środków?

    - Od ludzi, którzy tak jak ja prowadzą działalność gospodarczą i kiedyś skorzystali z takiej formy pozyskania pieniędzy. Uzyskałam wówczas kontakt do doradcy, pana Mariusza Grygla, a on w przystępny sposób wyjaśnił mi szczegóły związane z pożyczką. Wszystko odbyło się bez żadnych kłopotów, doradca pomógł wypełnić dokumenty, a pieniądze trafiły do mnie w ciągu dwóch tygodni.

    Na co przeznaczyła pani te środki?

    - Pieniądze pozyskane z funduszu pożyczkowego Fundacji Wspomagania Wsi przeznaczyłam przede wszystkim na remont i doposażenie swojego zakładu. Zmodernizowałam lokal, zainwestowałam w uruchomienie drugiego stanowiska, dokupiłam sporo sprzętu. Teraz mogę jednocześnie, zajmować się dwiema osobami. Podczas, kiedy jedna pani czeka z farbą na włosach, ja mogę obciąć kolejnego klienta. Tak jak już wspominałam, za sprawą środków z FWW udało mi się także kupić samochód.

    Czy czuje się pani spełniona prowadząc swój mały biznes?

    - Do tego, co mam w tej chwili dążyłam przez wiele lat. Nie chcę spoczywać jednak na laurach, mam zamiar dalej się rozwijać. Czuję, że kierunek moich działań był właściwy. Tak, chyba mogę przyznać, że jestem spełniona w swoim małym biznesie.

    Tekst i foto: Przemek Chrzanowski
    Data publikacji: 16 sierpień 2016r.

  • Mechanik z urodzenia

    Janusz Kosowski z zamiłowania i wykształcenia jest mechanikiem samochodowym. Kiedy przed laty wpadł na pomysł prowadzenia działalności w tym kierunku, dysponował skromną szopą bez koniecznego zaplecza. Można powiedzieć, że zaczynał od zera. Dziś posiada murowany warsztat z prawdziwego zdarzenia, ma wiernych klientów i z nadzieją patrzy w przyszłość. Firma znajduje się w miejscowości Nawsie Brzosteckie.

  • Dowiercił się do sukcesu

    Przy stale rosnących cenach wody posiadanie własnej studni jest świetnym rozwiązaniem – szczególnie wówczas, gdy wokół domu jest ogród, wymagający częstego podlewania. W realizacji takiej inwestycji z pewnością mógłby pomóc Wiktor Bek, młody przedsiębiorca z miejscowości Wietrzno na Podkarpaciu. Przed czterema laty założył firmę zajmującą się wierceniem studni głębinowych.

  • Odnawialne źródła energii. Warto w to inwestować?

    Odnawialne źródła energii są niewyczerpane, oznacza to, że tak długo jak świecić będzie słońce, powtarzany będzie cykl termiczny przemiany energii słonecznej, wywołujący wiatry, falowanie oceanów, deszcze i zmiany temperatury otoczenia. To właśnie te zjawiska, będące efektem promieniowania słonecznego, można wykorzystywać do produkcji energii nam przydatnej: energii elektrycznej lub energii cieplnej do ogrzewania.

  • Przedsiębiorczość na wsi

    Przedsiębiorczość to zorganizowany proces działań ukierunkowany w danych warunkach na wykorzystanie pomysłu w celu generowania korzyści na rynku (z respektowaniem obowiązującego prawa). Wiąże się z nim szansa odniesienia sukcesu (rozwój inicjatywy, przychody), lecz również ryzyko porażki.

  • Wykłady z seminarium "Edukacja finansowa - ABC przedsiębiorczości na wsi"

    Zapraszamy do obejrzenia wystąpień wygłoszonych przez panelistów podczas seminarium „Edukacja Finansowa – ABC przedsiębiorczości na wsi”.

  • Zakładanie gospodarstwa agro-ekoturystycznego

    W rolnictwie obserwuje się polaryzację gospodarstw rolnych w zakresie ich zamożności. W przypadku osiągania niskich dochodów, rolnicy mogą podejmować dodatkową działalność, np. w sferze agroturystycznej.W tym celu należy przeprowadzić remonty i modernizację domów oraz innych zabudowań gospodarskich (np. stodoły, spichlerze, kuźnie), aby stworzyć odpowiednią bazę turystyczną do przyjęcia gości.

     

Warto przeczytać

Warto zobaczyć

  • Ekonomia społeczna

    Rozmowa z Joanną Wardzińską – wiceprezeską Zarządu Towarzystwa Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych, wiceprzewodniczącą Stałej Konferencji Ekonomii Społecznej i jedyną przedstawicielką Polski w Grupie Ekspertów Komisji Europejskiej ds. Ekonomii Społecznej

  • Wielki kryzys małego portfela

    Jak i dlaczego wielka światowa ekonomia przekłada się na nasze życie i nasze budżety domowe?

  • Nieszczęście w Szczęśliwicach

    "Nieszczęście w Szczęśliwicach”, czyli historia o wydawaniu, oszczędzaniu i skutecznym planowaniu. I o tym jak ważne jest umiejętne zarządzanie domowym budżetem.

  • Ekonomia dobra i zła

    Czy da się opowiedzieć historię myśli ekonomicznej poprzez książkę, która przebija sprzedażą Kod da Vinci i Harry’ego Pottera, a później zrobić z tego sztukę teatralną? Tomáš Sedláček udowadnia, że tak.

  • Niekonwencjonalne źródła dochodów mieszkańców wsi

    Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z dr Anną Potok na temat niekonwencjonalnych źródeł dochodów mieszkańców wsi. Rozmowę prowadzi Ryszard Holzer.

[ x ]

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.