Fryzjerka spełniona

Jolanta Stanisz jest fryzjerką i prowadzi swój zakład w miejscowości Lubatówka. Na potrzeby swojej działalności wynajmuje pomieszczenie na poddaszu jednego z budynków w centrum wsi. Jest cenioną specjalistką w swoim fachu, na brak zainteresowania ze strony klientów nie narzeka. Choć w zakładzie posiada dwa stanowiska, to pracuje sama. Co więcej, jeśli trzeba, dojeżdża także do klientów. I to wyróżnia ją na tle konkurencji.



Przemysław Chrzanowski: Zajęła się pani fryzjerstwem, choć pierwotne wykształcenie wskazywało inną drogę.

Jolanta Stanisz, fryzjerka. - Rzeczywiście mój pierwszy wyuczony zawód to technik-ekonomista. Nie poszłam jednak tą drogą, ponieważ zawsze miałam ciągotki do fryzjerstwa właśnie. To była pasja, która przerodziła się z czasem w pomysł na życie. Moja działalność nie ma żadnego związku z rodzinnymi tradycjami. Fryzjerstwo zawsze mi się podobało, dlatego też w odpowiednim wieku zaczęłam w tym kierunku się kształcić. Jest to zatem mój drugi wyuczony zawód. Potem były kursy, szkolenia - wszystko po to, żeby nie stać w miejscu, żeby się rozwijać i mieć jak najwięcej ludziom do zaoferowania.
 
Jakie predyspozycje trzeba mieć, by sprawdzić się w tym zawodzie?

- Trzeba mieć w sobie to coś, co pozwala być kreatywnym. Można mieć wykształcenie, świadectwa i dyplomy i być przeciętnym rzemieślnikiem. Bo sama teoria nie wystarczy w tym zawodzie, ważna jest ta żyłka, którą się ma w sobie. Fryzjer musi wykazywać się inwencją, zmysłem artystycznym no i odwagą. Trzeba być ponadto niezwykle odpowiedzialnym, pamiętajmy, że to, co zrobimy potem klienci noszą na swoich głowach przez kilka dni, czy nawet tygodni. Ważne jest też to, by umieć po prostu rozmawiać z ludźmi. Czasem trzeba do klienta podejść bardzo indywidualnie, zaskarbić sobie jego zaufanie.

Czy od razu zdecydowała się pani na prowadzenie własnego zakładu?

- Absolutnie nie. Przez cztery lata pracowałam w pewnym salonie. Wiele się tam nauczyłam, ale z drugiej strony byłam w pełni zależna od moich pracodawców. Czułam pewne ograniczenia, musiałam się całkowicie podporządkować ich pomysłom. Wiedziałam już wówczas, że w przyszłości sama będę sobie sterem i okrętem. Marzył mi się własny salon, w którym wszystko urządzę sobie po swojemu, w którym będą panować moje zasady.
 
No i dopięła pani swego…

- Paradoksalnie wszystko zaczęło się od tego, że znalazłam lokum, które nadawałoby się pod tego rodzaju działalność. Dopiero potem realnie pomyślałam o usamodzielnieniu się. Ostateczna decyzja poprzedzona była dziesiątkami pytań zadawanych sobie, było wiele wątpliwości. Zastanawiałam się czy podołam takiemu wyzwaniu. Postanowiłam jednak zaryzykować i dziś nie żałuję.

Kim są pani klienci?

- To ludzie w różnym wieku. Największe grono zainteresowanych moimi usługami stanowią osoby koło czterdziestki, ale chętnie zaglądają także emeryci oraz rodzice z dziećmi. Na brak klientów nie mogę narzekać, w swoim salonie przyjmuję ich przez pięć dni w tygodniu i z reguły grafik mam zapełniony. Jeden dzień, czyli poniedziałek poświęcam na wyjazdy terenowe.

Można u pani zamówić sobie wizytę domową – jak u lekarza?

- Dokładnie tak. Mój salon znajduje się na piętrze, aby się do niego dostać, trzeba pokonać schody. Zdaję sobie sprawę, że to niemałe wyzwanie dla osób starszych, czy niepełnosprawnych. Pomyślałam, że może warto byłoby do nich jakoś dotrzeć. Zdawałam sobie sprawę z tego, że takie osoby zwyczajnie mi „odpadną”. Zakupiłam, więc samochód - dzięki pożyczce z Fundacji Wspomagania Wsi. Niedrogie auto z drugiej ręki pozwoliło mi wyjść z usługami poza zakład. I w ten oto sposób stałam się fryzjerką mobilną. Dodatkowo postarałam się o reklamę, samochód został odpowiednio oklejony. Jest nazwa firmy, jest telefon, teraz wszyscy wiedzą, czym się zajmuję i gdzie mnie szukać.  Moja mobilna działalność była strzałem w dziesiątkę. Praktyka pokazała, że z moich usług na telefon korzystają także ludzie w pełni sił, ceniący sobie fakt, że nie muszą wychodzić z domu, by zafarbować włosy, czy zrobić fryzurę przed ważną imprezą. To nisza, którą z sukcesem wykorzystałam.

Konkurencja jednak pewnie nie śpi. Jak udaje się pani z nią wygrywać?

- Daję o sobie znać, gdzie tylko można. W okolicy powiesiłam sporo reklam. Wdrożyłam również karnety promocyjne. Troszkę podpatrzyłam to w salonie, w którym wcześniej pracowałam, a że nauka nie poszła w las, robię to również na „swoim podwórku”. Mam na przykład taką promocję, że po ośmiu strzyżeniach dziewiąte jest gratis – ta usługa dotyczy mężczyzn i już na stałe funkcjonuje w moim grafiku. Panowie noszą ze sobą karneciki, gdzie po każdej usłudze stawiam parafkę w odpowiednim miejscu. W każdym miesiącu robię także promocję na inne usługi. Raz jest to obniżka na farbowanie, innym razem trochę taniej układam włosy.

Każdy biznes wymaga sporych nakładów finansowych. Wspomniała pani o pożyczce z Fundacji Wspomagania Wsi, skąd dowiedziała się pani o możliwości pozyskania tych środków?

- Od ludzi, którzy tak jak ja prowadzą działalność gospodarczą i kiedyś skorzystali z takiej formy pozyskania pieniędzy. Uzyskałam wówczas kontakt do doradcy, pana Mariusza Grygla, a on w przystępny sposób wyjaśnił mi szczegóły związane z pożyczką. Wszystko odbyło się bez żadnych kłopotów, doradca pomógł wypełnić dokumenty, a pieniądze trafiły do mnie w ciągu dwóch tygodni.

Na co przeznaczyła pani te środki?

- Pieniądze pozyskane z funduszu pożyczkowego Fundacji Wspomagania Wsi przeznaczyłam przede wszystkim na remont i doposażenie swojego zakładu. Zmodernizowałam lokal, zainwestowałam w uruchomienie drugiego stanowiska, dokupiłam sporo sprzętu. Teraz mogę jednocześnie, zajmować się dwiema osobami. Podczas, kiedy jedna pani czeka z farbą na włosach, ja mogę obciąć kolejnego klienta. Tak jak już wspominałam, za sprawą środków z FWW udało mi się także kupić samochód.

Czy czuje się pani spełniona prowadząc swój mały biznes?

- Do tego, co mam w tej chwili dążyłam przez wiele lat. Nie chcę spoczywać jednak na laurach, mam zamiar dalej się rozwijać. Czuję, że kierunek moich działań był właściwy. Tak, chyba mogę przyznać, że jestem spełniona w swoim małym biznesie.

Tekst i foto: Przemek Chrzanowski
Data publikacji: 16 sierpień 2016r.

Warto przeczytać

Warto zobaczyć

  • Ekonomia społeczna

    Rozmowa z Joanną Wardzińską – wiceprezeską Zarządu Towarzystwa Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych, wiceprzewodniczącą Stałej Konferencji Ekonomii Społecznej i jedyną przedstawicielką Polski w Grupie Ekspertów Komisji Europejskiej ds. Ekonomii Społecznej

  • Wielki kryzys małego portfela

    Jak i dlaczego wielka światowa ekonomia przekłada się na nasze życie i nasze budżety domowe?

  • Nieszczęście w Szczęśliwicach

    "Nieszczęście w Szczęśliwicach”, czyli historia o wydawaniu, oszczędzaniu i skutecznym planowaniu. I o tym jak ważne jest umiejętne zarządzanie domowym budżetem.

  • Ekonomia dobra i zła

    Czy da się opowiedzieć historię myśli ekonomicznej poprzez książkę, która przebija sprzedażą Kod da Vinci i Harry’ego Pottera, a później zrobić z tego sztukę teatralną? Tomáš Sedláček udowadnia, że tak.

  • Niekonwencjonalne źródła dochodów mieszkańców wsi

    Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z dr Anną Potok na temat niekonwencjonalnych źródeł dochodów mieszkańców wsi. Rozmowę prowadzi Ryszard Holzer.

[ x ]

Nasze strony wykorzystują pliki cookies.

Na naszych stronach używamy informacji zapisanych za pomocą cookies m.in. w celach reklamowych i statystycznych. Mogą też stosować je współpracujące z nami podmioty, takie jak firmy badawcze oraz dostawcy aplikacji multimedialnych. W każdej przeglądarce internetowej można zmienić ustawienia dotyczące cookies. Korzystanie z naszych serwisów internetowych bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zapisane w pamięci urządzenia. Więcej informacji można znaleźć w naszej Polityce Cookies.